Swoja karierę blogową zaczęłam w połowie roku 2005, czego niestety jeszcze nie widac na tym blogu ( wiem, ociagam się z dodawaniem archiwum z ebloga, sorki ). Hehe, trochę blogowych wspomnień mam. :) Fajne czasy to byly. Te zażarte kłotnie z Frozen, wieczne wojny z mylogiem WildHoney na forach, odejście Stonecolda. Teraz to tylko nicki, mniej lub bardziej puste. Ale za nickiem stoją ludzie. Kiedyś ludzie pałający do innych niechecią, odrazą lub jawną wrogością przeciw dzieciom neostrady. A jednak to bylo kiedyś. A dziś…Frozen pracuje w gimnazjum. Nie ma juz nawet czasu by tworzyć te swoje szablony, które ściągało sporo blogowego polskiego świata. Wild ma ślicznego małego Dzidziusia:) Oczywiście męża ma również, nawet od wczesniej.:) Tez już nie pisze ( tzn. ze 3 notki na rok ;) ), wyszla z depresji, przynajmniej tak widać ( gratuluję! :* ) . Sa też smutniejsze zmiany. Niedługo-umrę naprawde umarła, na raka, nie miała nawet 18 lat. Najprawdopodobniej na białaczkę zmarł Jack. Pewnego dnia po prostu znikł. Malo juz zostało osób ktore wciąz piszą. Nie ma juz nikogo z tych z cietym językiem, co byli na początku… Najbardziej brak mi własnie Pustkowia-czasu. Pisał w taki lekko zakrecony liryczny sposób z autentycznym znielubieniem świata, który tak czesto nas zawodzi. Lubię autentyzm.Sztucznośc mnie odstrasza.
Ech. A ja wciąz gdzies tam jestem. Czy to dobrze? Nie wiem, lubie ten kawałek przestrzeni gdzie nie musze się przejmowac innymi. Tu liczą się moje myśli, sa moje zasady.
Troche mi żal dawnego serwisu. Na tym nie ma takiego klimatu jednosci, społecznosci. Może to przez tę angielskość. A moze to tylko ja czegoś nie dostrzegam. Brak mi jednak forum z ebloga i brak mi nawet tych pustych różowych blogów, które powodowały, że poszukiwanie czegos wartosciowego tworzyło w końcu ekipę ludzi, którzy nie tylko znali adres ale pisali do siebie długasne maile i znali swoje zyciorysy na wyrywki.
Zmiana tematu:
Mama czuje się coraz gorzej. Nie wyrabiam juz czasowo między chlopakiem, pisaniem referatów, programowaniem w C++ a gotowaniem obiadków. Czasem brak mi chęci by żyć. Dziś ktos zamiast flame nazwal mnie lame co znaczy żałosny, nieudacznik. Ze łzami w oczach zastanawiam się czy nieswiadomie nie miał racji. Nawet nie moge pojechać w moje ukochane góry. Czuję się jak nieudacznik i nawet fakt, że w końcu załapałam czemu w systemie nie chodzil mi kompilator bcc nie poprawia mi samopoczucia.
Szłam dziś ulicami o 8 rano jak 4 razy w tygodniu o tej własnie godzinie zwyczajowo chodzę. Nie wzięlam mojej mptrójki więc pochylając głowe by chronic oczy przed wiatrem wpatrywałam sie uparcie w chodnik. Płytki były szare jak codzień, jak codzień porozwalane smietniki i ludzie pędzacy wciąż naprzód, nawet na czerwonym świetle na pasach. By szybciej. A słońce swiecilo zachwycone samym faktem, że ma dla kogo, wiał ciepły wiatr i chociaż usmiechałam sie optymistycznie nikt usmiechem nie odpowiedział. Dotarłam w końcu na ukochane czwarte pietro kochanego wydziału mat-fiz. :) Znajome twarze, znajome uśmiechy. Ktoś odpowiada usmiechem na usmiech. Ktoś daje “Metro” mówiąc, że mam dziś dobry horoskop:) Lol. Tak zwyczajnie. A jednak tylko tam czuje sie jak w prawdziwym domu.
Idę schowac sie we wstędze Mobiusa, zagubic gdzieś w wielowymiarowej przestrzeni moich sennych koszmarów. Tak malo juz ludzkich ludzi…